Całkiem na czasie…
11 listopada 2006, 01:34:37Zawodząc co poniektórych czytelników, nie naskrobałam nic w zeszłą sobotę (a cotygodniowe pisanie stało się już niemal tradycją), dlatego pozwolę sobie nadrobić tę zaległość właśnie dzisiaj. Mam ku temu powód, bo oto w mojej skrzynce pojawił się mail związany z webdwazerowym serwisem 28dni, o którym pisałam ładny kawał czasu temu. Kiedy zwróciłam uwagę po raz pierwszy na tą webową aplikację, nie sądziłam nawet, że będzie ona tak mocno współgrała z tym, co dzieje się w naszym pięknym kraju. Normalnie jestem dosyć apolityczna, ale wszystko aż huczy od zero tolerancyjnych programów, afer notatkowych i szkodliwej antykoncepcji. Tak, tak pigułki, prezerwatywy to zło, a jedyną słuszną rzeczą jest ruletka watykańska, a przepraszam… tzw. metody naturalne.
Tu właśnie z pomocą przychodzi nam serwis 28dni. Pisząc wcześniejszą notkę na temat serwisu spodziewałam się aplikacji wspierającej kalendarzyk małżeński, ale przede wszystkim ułatwiającej kobiecie kontrolowanie cyklu, w końcu wszystko idzie do przodu i notatki w kalendarzu raczej wyszły już z mody. Nie miałam tylko pojęcia, po co w to wszystko mieszać szerszą społeczność i dzielić się z nią wynikami swoich obserwacji, no ale w końcu serwis lansowano określeniem web2.0 społeczność musi więc być.
Po otrzymaniu maila informującego o dzisiejszym otwarciu serwisu czym prędzej „wyklikałam” rejestrację i rozeznałam się w tym, co 28dni oferuje. Ogólnie całkiem miły róż (w końcu serwis dla pań), strony czytelne, przejrzyste, całość raczej łatwa w obsłudze. Gdzieś tam w kodzie brakło znacznika </ul>, jakiś kwiatek w postaci <a href="/" class="h1"><h1>28dni.pl</h1></a>, jakiś pusty <li></li>, można powiedzieć literówki i nie ma się co czepiać. Czas przejść wiec do rzeczywistej idei serwisu, bo za szumnym hasełkiem serwisu:
Pierwsza polska aplikacja wspomagająca naturalny proces planowania rodziny.
Nie kryje się nic innego jak Narodowy Związek Przyszłych Mam. Eksperci wydają się dosyć konserwatywni, a użytkowniczki kilka razy w miesiącu wykonują serię testów ciążowych, kochając się jedynie w dni płodne i oczekując dziecka. Kto wie, może dzięki takim serwisom będziemy mieć, tak bardzo oczekiwany przez rząd, dodatni przyrost naturalny?
Jak by nie było okazało się, że jestem nieco staroświecka, lub może trochę wyprzedzam czasy, w których przyszło mi żyć, bo uważam, że jednak pewne dziedziny życia powinny zostawać sprawą intymną człowieka. Publikowanie wszelkich reakcji ciała i zapisy terminów współżycia z partnerem jakoś mnie odrzucają, no ale nie moja sprawa.
Niewątpliwie dobrze, że z 28dni korzystają głównie kobiety, które chcą mieć dzieci tu serwis jest istotnie pomocny. Tym, które wolą odłożyć macierzyństwo na potem, raczej nie polecam, bo jeszcze się okaże, że główny sponsorem 28dni jest jakaś partia rządowa z programem rozpowszechniania kultu płodności.
Kreacja dla Pumy.
28 października 2006, 21:32:06Uczelniany kolega podrzucił mi tak jakoś w środku tego tygodnia interesujący link, jak się okazało do dosyć ciekawego konkursu. Organizatorem zabawy jest Procter & Gamble Prestige Products (wprowadzający na polski rynek nowy zapach „Puma Create”) oraz MTV, które zapewne nagłaśnia całą sprawę, trwająca bodajże już od 14 września. Konkurs ma na celu zaprojektowanie opakowania perfum i uruchomić nieco kreatywne myślenie wśród młodych Polaków, a sądząc po jakości prac wcale nie jest z tym najgorzej.
Projektować możemy w Corelu, Ilustratorze i kochanym Photoshopie, a dla tych którzy nie są obyci z tymi programami lub nie maja ich w swojej biblioteczce komputerowca organizatorzy konkursu przewidzieli prostą aplikację on-line, w której co bardziej pomysłowi również są w stanie wyczarować cudeńka.
Początkowo miałam wybitną ochotę wziąć udział w zabawie, ale ostatecznie przeglądając prace zrezygnowałam, głównie ze względu na poziom komentarzy i ocen. Mimo, że konkurs fajny i rozwijający, to niestety mimo kreatywności tamtejsza, nazwijmy to społeczność, zdaje się nie do końca rozumieć ideę. Co poniektórzy zaangażowali całe rzesze znajomych do głosowania na swoje prace, a ci bardziej złośliwi sabotują projekty, które nie ma co tu mówić, dosyć mocno wybijają się na tle reszty. Aczkolwiek zasady fair play, są już problemem organizatora, ostatecznie w końcu to on wyłoni zwycięzcę. Ponadto, część projektów jest nie na temat i zupełnie nie pasuje do produktu, ale przez to w sumie miło popatrzeć na taką galeryjkę różności.
Zapał ochłodziło też to, że ponad pół godziny wkurzałam się na Firefoksa, bezustannie wywalającego się przy otwieraniu regulaminu. Ostatecznie przypomniałam sobie o istnieniu takiego bytu jak IE, który poradził sobie śpiewająco, ale to tak tylko na marginesie, bo nie o tym ten wpis.
Jak by nie było, konkurs polecam wszystkim tym, którzy mają pomysł i ochotę na całkiem ładnej marki laptopa, a innym życzę po prostu miłego oglądania.
FireFox vs FirefoX
21 października 2006, 12:06:07Komentarz przy jednej z ostatnich notek, z racji użycia skrótu FF przypomniał mi o dosyć ciekawej sprawie dotyczącej problemu z właściwym skrótem dla przeglądarki Firefox. Mit „FireFoxa” głęboko zakorzeniony jest w umysłach internautów, a w sieci standardowo pojawiło się już grono różokrzyżowców tępiących wszelkie nieprawidłowości i wkręcających historyjki o pandach małych. Krytykanctwo skrótu FF jest krótkie i rzeczowe, a do tego bogato lukrowane linkiem do strony Mozilli. Prawda jest wiec niezaprzeczalna i potwierdzona oficjalnym źródłem. Ciężko jednak stwierdzić czy punkt ten zawarty był w FAQ-u od początku jego istnienia, zwłaszcza, że sama przeglądarka silnie propagowana była przez osoby idące z duchem czasu i technologią, posiadające powołanie ewangelizacyjne do nawracania na ścieżkę standardów. Czy ci maniacy mogli popełnić tak rażący błąd i rozpowszechniać wśród plebsu niewłaściwy skrót?
Zaglądając w wikipedię:
Na terenach, gdzie panda mała występuje w potocznym języku chińskim jest ona nazywana hǔo hú, co dosłownie oznacza "ognisty lis". Jednakże ta nazwa jest stosowana także na określenie zwykłego lisa. W wyniku pomyłki na stronie internetowej Wellington Zoo, nazywając przeglądarkę internetową Mozilla Firefox dosłownym angielskim tłumaczeniem wyrażenia "ognisty lis" (firefox) uważano, że nazwa ta oznacza właśnie pandę małą. Tymczasem w rzeczywistości w języku angielskim wyraz firefox nie był raczej stosowany jako określenie oznaczające pandę małą. Dopiero producent przeglądarki rozpowszechnił pogląd, iż firefox to panda mała, a nie "ognisty lis". Twórca loga Mozilli Firefox wspominał, że choć pierwotnie chciał w nim zamieścić pandę małą, to ostatecznie umieścił w nim lisa.
Prawdę powiedziawszy, czytając ten cytat czasem nie jestem w stanie zrozumieć dokładnego przekazu autora, wiec dla pewności warto również, zajrzeć do angielskiego źródła.
The Red Panda is also sometimes known as hǔo hú , which literally translates as "fire fox", a name which can refer both to the red fox and the Red Panda. The Red Panda is the state animal of Sikkim. The term firefox, as used to describe the Red Panda, has been propagated by its use in the web browser Mozilla Firefox. Although the browser logo depicts a fox with a fiery tail rather than a Red Panda, back in early 2005 the Mozilla Store was selling toy stuffed Red Pandas to promote the browser name change from Firebird with the release of Firefox 1.0
Można więc wnioskować, że nazwanie Firefoksa „lisem” bynajmniej nie jest dużym błędem, a w zasadzie błędem nie jest. Ponadto jak słusznie zauważyli autorzy obu cytatów logo Firefoxa przedstawia nic innego jak lisa (bądź pandę, która jak lis istotnie wygląda) osobiście nie czepiałabym się wiec wszystkich FF-ów, FireFoxów oraz innych lisiczek. Bo po co?
Czy naprawdę trzeba uznać FX za jedyny, słuszny i poprawny, bo twórcy Mozilli wręcz zakpili nieco z rzeszy użytkowników Firefoxa? W skrócie najważniejsza jest komunikatywność, a skoro wszyscy wiedzą czym jest FF i w logu lis jak wół, to problemu w zasadzie nie ma.
Mozilla za to słynie już z nadawania swoim produktom nazw, które niekiedy nie są tym na co mogłoby wskazywać pierwsze skojarzenie. Aczkolwiek niechaj Thunderbird zostanie obiektem mitologii nordyckiej, Firebird o dziwo Feniksem (chociaż cholera go wie), Sunbird – kolibrem, a Firefox – ognistym lisem tak jak sugerują nam loga.
Zastanawiałabym się tylko nad kwestią SeaMonkey, bo o ile poprawną nazwą FX jest Firefox, a nie FireFox (co podkreślane jest w FAQ-u) to konsekwentnie podążając za sugestią SeaMonkey można by uznać za odmianę „Morskiej Małpy”. Tu jednak ratuje nas logo, przedstawiające pociesznego skorupiaka.
21 kroków…
22 września 2006, 23:45:29Klap, klap te kroki zalewają mnie z każdej strony. Spory kawał czasu temu zasłyszałam o stronie 21steps. Nie jednej osobie na myśl może przyjść sławna strona Million Dollar Homepage, o której głośno było w zeszłym roku. Jak się okazało w Polsce odgrzewane pomysły też skutkują, a czasem bywają odbierane za odkrywcze:
„Pewien student z Polski wpadł na niecodzienny pomysł. Stworzył stronę, dzięki której można zarobić milion dolarów w 21 krokach.”
Jak można przeczytać w artykule umieszczonym na wielu popularnych serwisach internetowych. Pomysł może i bardzo innowacyjny nie jest, bo opiera się na identycznej zasadzie sprzedawania pikseli. Niemniej jednak otoczka jest nieco inna i jej fundamentem jest ciągłe mnożenie przez dwa. Adam Łabędzki, bo tak nazywa się wspomniany student wpadł na o tyle ciekawy pomysł, że do całej zabawy dołączył szczyptę hazardu i zarobionymi pieniędzmi podzieli się z jednym ze szczęśliwych posiadaczy, któregoś z kroków.
Niemniej jednak wracając do fenomenu, strona stała się nadzwyczaj popularna. Z każdej strony biją informacje, że oto został sprzedany piąty krok. Można mówić więc o sukcesie, aczkolwiek ja czekam niecierpliwie na koniec tego całego szaleństwa… :)
Web 2.0 tylko dla kobiet.
16 września 2006, 01:06:52Terminu "web-dwa-zero" użyłam raczej dla lansu i chwytliwości tytułu, niemniej jednak odnośnie serwisów społecznościowych nie jest on też tak zupełnie nietrafiony. Historyczne fakty wyszczególnione są pewnie na wielu stronach, a dysputy o tym, co Web 2.0 jest, co nie jest i czy jajko było pierwsze, niż kura, pozwolę sobie odłożyć na bok.
Pierwszym serwisem społecznościowym, jaki akurat udało mi się poznać było Grono. Czy ktoś chce, czy nie i jakiego zdania na temat grona by nie miał, obok Fotki jest to chyba pierwszy polski serwis, który wprowadził system połączeń miedzy użytkownikami. Nie dam sobie jednak ręki za to uciąć, bo jak grzyby po deszczu wyrosły wszelkiej maści klony Spinaczy, Randkowiczów i Singlów.
Inspirując się lekko twórczością Czerskiego, a następnie skupiając się dalej na tych dziwnych tworach, ułatwiających kontakty międzyludzkie i dołączając do tej mieszanki wszechobecny ówcześnie trąd… tzn. trend, wpadłam na stronę 28dni.pl. Jak na pierwszy rzut oka widać, oko cieszy przyjemna i czytelna strona z odrobina różu i niebieskiego, a ponadto logo wskazujące jednoznacznie na serwis Web 2.0. Jak się można zorientować po lekkim wczytaniu w treść, serwis lada dzień zacznie funkcjonować i wspierać proces naturalnego planowania rodziny. Nie będę tu wplatać teorii spiskowych związanych z polityka, czy ustrojem religijnym naszego pięknego kraju, tym bardziej IV RP, bo możliwe, że treść trzeba by ocenzurować.
Tak czy owak serwis zaoferuje kobiecie Internetu wygodny kalendarzyk i szereg formularzy do zapisywania wielu ciekawych rzeczy zachodzących w kobiecym organiźmie. Nie zapominając o specyfikacji serwisu społecznościowego, zebranymi danymi dowolnie będzie się można dzielić z innymi użytkowniczkami serwisu i łączyć w kółka wspierające się z racji nadchodzącego PMS-u.
Zastanawiający jest dla mnie tylko fakt, ile z tych kobiet, będzie mężczyznami i kogo będą skarżyć małoletni rodzice, których zawiodło szczęście.